25 sierpnia 2013

Rozdział IV

               Patrzę na ekran. Chyba jesteśmy wyświetlani najczęściej, to dobry znak. Jestem pewna, że nikt nie mówił, że nie możemy nic robić oprócz machania i uśmiechania się do widowni. A nawet jeśli, to nic mi nie zrobią.
Uśmiecham się i... jednym susem wskakuję na barierkę przede mną. Teraz stoję na przodzie (przedzie?) rydwanu, a kamery zwracają się do mnie. Uśmiecham się i z wyższością patrzę na wszystkich dookoła. Kiedy się zatrzymujemy, a Snow zaczyna mówić, staję obok Erwina, który pochyla się ku mnie i szepcze:
- Spotkamy się na arenie, lalunio. Pójdziesz na pierwszy ogień.
Patrzę mu w oczy, nieukazując strachu i odpowiadam takim samym tonem:
- Nie mam takiego zamiaru, Mayson. Zginiesz zanim zdołasz mnie zobaczyć.
- ...i niech los zawsze wam sprzyja! - przerywa nam głos Snowa, po czym wracamy do sali.
- Wypadłaś świetnie! - Payton od razu do mnie przybiega. - Żaden trybut nigdy nie zrobił czegoś takiego! No, kilku spadło z rydwanu, ale to się nie liczy. Wyglądałaś jakbyś już wygrała te igrzyska! - przytula mnie i cicho mówi - I je wygrasz, Des.
- Ale to ty zaprojektowałeś ten cudny strój. - odpowiadam.
- Eee tam. - machnął ręką. - Od lat już miałem ten projekt, a ty byłaś po prostu idealna, żeby go założyć. - Kiedy mówi, bawi się swoim kolorowym warkoczem. Podaje mi ramię. - Wracamy?
Rozglądam się po sali. Dużo osób już poszło, Erwin rozmawia z Taylor, Trybuci z szóstki... szóstka! Widzę go.
- Poczekaj chwilę na mnie, dobrze? - pytam i nie czekam na odpowiedź.
Charles widzi, że do niego biegnę, wiem to. Mimo wszystko odwraca  wzrok i udaje, że jest zajęty. Kiedy już jestem koło niego, słyszę jak mówi do trybutów:
- Zaraz przyjdę, obiecuję, będę za kilka minut. - odbiegają, a on patrzy na mnie zbolałym wzrokiem. - Des, to było głupie.
- Powiedział naćpany zwycięzca igrzysk. - odpowiadam, zanim zdołam się ugryźć w język.
- Słuchaj, wiem że nigdy mi tego nie wybaczysz, ale na ekranie to wygląda lepiej. Na arenie zmieniasz się i szukasz sposobu, żeby zapomnieć. - Fakt, nie wybaczę mu, że nawet nic do mnie nie napisał. - Ale    żeby się zgłaszać? Nie taką cię poznałem, Des.
- Wiesz, czemu się zgłosiłam? Bo dotarło do mnie, że nikt nie będzie za mną płakał, a tu ktoś mnie doceni.
- Ja będę płakać. A jak zginiesz, jestem pewny, że uzależnię się jeszcze bardziej. - łapie mnie za ramiona.
- To w takim razie, jak wygram...
- Nie żeby coś, ale nie wydaje mi się, żebyś miała szanse na wygraną. Widziałaś tych z jedynki? albo z czwórki?
- Jasne. Ale jak wygram, pójdziesz na odwyk, zgoda?
- Niech będzie.
Podaliśmy sobie dłonie.
- Do zobaczenia. - mówię i wracam do stylisty.
- Czemu do niego poszłaś? - pyta Payton. - To morfalinista. W czasie Igrzysk jest mniej... na fazie, a potem przez cały rok tylko śpiewa, maluje i ma wszystko gdzieś. Nie zadawaj się z nim.
- Wiesz... - zaczynam cicho, kiedy powoli kierujemy się do windy. - Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest poza Kapitolem? W dystryktach? Powiem ci. - zatrzymuję go i patrzę mu w oczy. - To okropne miejsca. Może oprócz dwójki. Nie licząc zawodowców, nikt nigdy się nie zgłasza do Igrzysk, no chyba że jest samobójcą. Wie, że umrze. W biedniejszych, takich jak trójka, siódemka czy dwunastka, dzieci kąpią się okazjonalnie, a większość z nich nigdy nie miała w ręku świeżego, prawdziwego chleba. Umierają z głodu, zimna, czy nawet od zwykłych poparzeń, użądleń lub ran bo biczowaniu. - popatrzył się na mnie ze strachem w oczach.
- Biczowanie? - pyta - Takim batem, jak się robi na koniach?
- Dokładnie takim batem. Dożynki są okropne, wszyscy liczą tylko na to, żeby to nie ich nazwisko wylosowano. A ja zawsze miałam szczęście, byłam z najbogatszego dystryktu, w sumie miałam wszystko. Wynosiłam jedzenie i koce z pociągu pod pretekstem pikniku i rozdawałam. Ty w miesiąc wydajesz tyle, że starczyłoby, żeby ich wykarmić przez kilka lat. To okropne miejsca. A Charles chce tylko zapomnieć. A ja go dobrze rozumiem, to mój przyjaciel. - Orientuję się, że kończę szeptem, więc podnoszę głos. - Idziemy?
Pay, jak na niego mówię, tylko skinął głową.
- Nie wiedziałem, przepraszam.
- Nic nie szkodzi. nie ty jeden. - uśmiecham się. - Truskawki w czekoladzie?
- Zawsze i wszędzie.

***

6 komentarzy:

  1. Bardzo oryginalne :D Czytałam już dużo FF na temat Igrzysk, ale takiego pomysłu nie spotkałam, gratuluję :3
    Życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, zależało mi na tym ;)
      Pozdrawiam :D

      Usuń
  2. ciekawy rozdział :P Może Des zmieni myślenie Kapitolińczyków (czy jak ich tam)... To bardzo ciekawy charakter, niby rozpieszczona dziewczyna, ale ma w sobie coś z bardzo wartościowego człowieka. Życzę weny, bo czekam na więcej :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobało :D
      Nawet dla mnie bohaterka jest jeszcze zagadką, mam nadzieję, że zaskoczę wszystkich tym, co się będzie działo na arenie. :D

      Usuń
  3. Nie mogę się doczekać co będzie dalej.

    OdpowiedzUsuń
  4. No, prodzę, proszę! Jednak ma do siebie rezpekt. Podziwiam Des... No Charles przypadł mi do gustu, ale dalej nwm skąd się znają.

    OdpowiedzUsuń

Odpowiadam na każdy komentarz, jestem wdzięczna za każdą opinię. Dziękuję za każde słowo :))

Obserwatorzy